Znany z wcześniejszego wpisu Andrzej znów poczuł zew przygody. Więc gdy trafił mu się kolejny wolny weekend postanowił wyskoczyć z aparatem i obfotografować dzikie ptaki i zwierzęta. Na szczęście znał w sąsiedztwie duży podmokły obszar w okolic meandrującej dzikiej rzeki, gdzie zdarzyło mu się już kiedyś być. Sporo bagien, również ze spleją, starorzecza, a nad tym wszystkim, gdzieniegdzie wysepki suchego lądu porośnięte drzewami. A wszystko to poprzeplatane ledwie widocznymi ścieżkami…

 


Andrzej zapakował do plecaka wszystko, co potrzebne. Aparat z obiektywami, lornetkę, składane krzesełko, coś do jedzenia i picia, nóż i kilka drobiazgów. Do tego wodoodporny smartfon wyposażony w aplikacje nawigacyjne i aktualne mapy, co by nie musiał się martwić o drogę. Do tego specjalna aplikacja do rozpoznawania i wabienia zwierząt.

W sobotę rano zostawił auto na jednym z przydrożnych parkingów i ruszył w teren. Zrobił kilka postojów na zdjęcia i mały popas. W trasie kilka razy skorzystał z telefonu, gdy zastanawiał się, jaki to ptak śpiewa i na sprawdzenie położenia. I niestety ostatnim razem nie zablokował klawiatury, gdy wkładał z powrotem do kieszeni.

Po jakimś czasie uznał, że czas wracać, ale gdy sięgnął po telefon żeby sprawdzić godzinę zobaczył tylko na wyświetlaczu napis „bateria rozładowana”

Co prawda nie raz już nocował w lesie i nie bał się tego. Wolał jednak wrócić do domu. Nie miał jak skontaktować się z bliskimi, a nie chciał żeby się o niego martwili. Zatem znów potrzebował wyznaczyć strony świata. Tym razem miał szczęście, bo na niebie nie było chmur i słońce świeciło aż miło. Ale niestety w XXI wieku, gdy prawie każdy człowiek ma w kieszeni telefon (a niektórzy nawet po kilka) niewiele osób nosi zegarek. Bez znajomości godziny słońce może wskazywać zarówno wschód, południe jak i zachód.

W takiej sytuacji Andrzej postanowił skorzystać z pewnej metody i zarazem dać sobie trochę wytchnienia. Poszedł na pobliskie podwyższenie terenu, i wbił w ziemię kij, którego wcześniej używał do sprawdzania podłoża, a miejsce, w którym kończył się rzucany przez niego cień zaznaczył małym patyczkiem. Mając chwilkę czasu przepatrzył przez lornetkę okolicę w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby pomóc mu wydostać się na suchy ląd. Gdy nic nie znalazł usiadł żeby zebrać siły i zjeść coś z zapasów.

Po pewnym czasie zerknął znów na rzucony przez kij cień, który zdarzył się już sporo przesunąć. Tam gdzie się kończył wbił kolejny krótki patyk.

niemir_1 niemir_2

Następnie położył na ziemi dłuższy kij łączący te dwa punkty. Tworzy on os W-E

niemir_3 niemir_5

Pod kątem prostym do niego ułożył następny długi kij, który tym razem wskazywał oś N-S.

niemir_4

Wcześniej Andrzej mógł oceniać strony świata na oko, teraz jednak znał je dokładnie, co ułatwiło mu zadanie. Bywał tutaj wcześniej już kilka razy. Mapę też widział i mniej więcej wiedział gdzie co jest. Na wschód była rzeka. Na północ kilometry rozlewisk. Do cywilizacji mógł dojść idąc na południe lub zachód. Ruszył na południe, żeby unikać świecącego prosto w oczy słońca, które powoli zaczynało opadać.

Miał tylko do rozwiązania jeszcze jeden problem. Chodzenie w linii prostej po lasach lub polach nie jest problemem, chociaż trzeba się czasem skupić. Ale na bagnie gdzie, co chwila trzeba zbaczać z kursu, omijać rozlewiska i miejsca niepewne, pilnować gruntu pod nogami, a nie odległego punktu na trasie, jest to szczególnie trudne. Monotonny krajobraz, podobne do siebie skarlałe brzozy i olchy oraz gąszcz wyższy od człowieka nie ułatwia sprawy. Dlatego tuż przed wyruszeniem, Andrzej ocenił dokładnie, w którą stronę ma ruszyć i z tej strony powiesił wysoko w gałęziach drzewa spora garść pałki, dzięki czemu było ono rozpoznawalne z daleka. Ustawił się plecami do niego i ruszył przed siebie pilnując przez lornetkę, żeby oznaczone drzewo mieć za plecami. Gdy tracił je z pola widzenia oznaczył w ten sposób nowe sugerując się słońcem (wiedział już mniej więcej, w jakim punkcie nieba się ono znajduje i jaki kierunek wskazuje). Przy kolejnym razie zrobił kolejny popas i ponownie sprawdził strony świata kijem.

Po pewnym czasie doszedł na suchsze rejony gdzie znalazł ubitą drogę gruntową wyjeżdżoną przez ciągnik. Doprowadziła go ona do asfaltówki, gdzie rolnik jadący traktorem wytłumaczył mu gdzie jest i podrzucił na jego parking gdzie zostawił auto. Tam mógł odpocząć, przebrać się, a po chwili odpalił silnik i ruszył w drogę do domu.

Maciej „Niemir” Adamczuk

http://kazdastronaswiata.blogspot.com/

Share This:

Skomentuj

comments