Prawnik na końcu świata? Brzmi nierealnie? Taki właśnie jest survivalowiec – Kuba Dorosz. Specjalnie dla nas opowiada on o swojej pasji, podstawach survivalu oraz planowanych wyprawach.

Bartłomiej Wypartowicz: Czym jest dla ciebie survival?

Kuba Dorosz: Survival to dla mnie pasja, którą stopniowo przekuwam na zawód, mimo że z wykształcenia jestem prawnikiem. Dzieje się tak dzięki udanej współpracy z dwoma kolegami, z którymi wspólnie tworzymy markę Universal Survival. Pasja determinuje myśli i działania przez wiele lat. Pod tym względem mogę śmiało powiedzieć, że sztuka przetrwania to mój sposób na życie.

Wiele osób wypacza ten temat, podchodząc do niego stereotypowo, czyli opierając swoje wyobrażenie o przekaz telewizyjny lub oferty firm eventowo-integracyjnych. Survival to zdolność przetrwania (zarówno ciała jak i ducha) rozmaitych sytuacji kryzysowych, niosących zagrożenie dla życia i zdrowia. W survivalu klasycznym, takie zagrożenia wynikają z nieplanowanego i przymusowego pobytu poza cywilizacją. Świetnie obrazuje to historia lotu Fuerza Aérea Uruguaya 571 z 1972 roku, która stała się podstawą scenariusza filmu „Alive, dramat w Andach”. W survivalu miejskim zagrożenia mogą wynikać z działania sił natury, skutków katastrofy przemysłowej lub aktywności ludzi, którzy chcą krzywdzić innych.

Tym właśnie jest dla mnie survival. To praktyczna wiedza i doświadczenie wielu dyscyplin, podparte odpowiednim nastawieniem psychicznym, połączonym ze znajomością samego siebie. Z technicznego punktu widzenia to zdolność nie przegrzania i nie wychłodzenia organizmu w skrajnych warunkach pogodowych, zdolność opatrzenia ran, rozpalenia ognia, pozyskania i przygotowania do spożycia wody i żywności, sygnalizowania i wzywania pomocy, nawigowania i pokonywania terenu, ale przede wszystkim to zdolność zachowania motywacji do działania, mimo czynników miażdżących tak zwany „komfort psychiczny”.

Z czego w swojej przygodzie survivalowej najbardziej jesteś dumny?

Dużo satysfakcji przyniosła mi wyprawa w subpolarną tundrę i piesze przekroczenie pasma Uralu Polarnego. Zostało ono dokonane we wrześniu 2013 roku, na kierunku zachodnim, czyli z Syberii na stronę europejską. Działaliśmy wówczas w 2 osobowym zespole. Było to moje najtrudniejsze terenowe wyzwanie, którego nie „przyćmiła” nawet kolejna wyprawa na Syberię w Ałtaj. Marsz przez Ural wiązał się z bardzo wysoko postawioną poprzeczką dla naszych organizmów oraz psychiki. Byliśmy zdani całkowicie na siebie, bez zewnętrznego wsparcia i łączności, z jedynie 1500 kaloriami pemmikanu i kaszy kuskus na dobę. Nasz dzień polegał na około 10-12 godzinnym, mozolnym marszu przez suchą lub podmokłą tundrę, której roślinność wymusza wysokie unoszenie nóg, jak w głębokim śniegu. Pokonywaliśmy liczne rzeki, o potwornie lodowanej wodzie. Czasami w ciągu dnia na naszej trasie było ich kilka. Nie stanowiły one jednak większego wyzwania, gdyż w drugim tygodniu marszu, ze względu na ciągły deszcz, i tak byliśmy przez prawie cały czas mokrzy. Niektóre z rzek nie dawały jednak możliwości brodzenia, lecz pokonania wpław. Było to wielkie ryzyko. Wyprawę tą realizowaliśmy mając przy sobie 35 litrowe plecaki z najbardziej podstawowym sprzętem oraz małe zestawy przetrwania na pasie. Jako schronienie używaliśmy awaryjnej płachty w postaci 2-osobowego worka. Nasza marszruta raz skrzyżowała się ze świeżym tropem niedźwiedzia. Cała przygoda w terenie trwała blisko 2 tygodnie. Do dziś to wszystko wydaje się na tyle abstrakcyjne, że ciężko mi w to uwierzyć.

Jakie masz plany na przyszłość?

Kolejne survivalowe wyprawy zagraniczne, o ile tylko nasze prywatne, skromne budżety na to pozwolą. Ważnym elementem działań jest również realizowanie oryginalnych programów szkoleniowych na terenie kraju. Coraz bardziej popularny i rozpoznawalny staje się nasz Kurs Przetrwania Universal Survival. Spore zainteresowanie wzbudza również projekt survivalu miejskiego, czyli tak zwana „Akcja Ewakuacja”. Cieszy nas, że jesteśmy pomysłodawcami i realizatorami pierwszego w Polsce działania tego typu. Na pewno będziemy konsekwentnie rozwijać naszą ofertę i doskonalić warsztat instruktorski. Prywatny plan na przyszłość, to wreszcie znaleźć w tym wszystkim chwilę czasu dla siebie i rodziny.

Prowadzicie edukacje młodzieży? Jeśli tak to przez jakie działania?

Tych działań jest bardzo wiele. Nie wszystkie związane są ściśle z survivalem. Dwóch z nas od 3 lat jest pedagogami ulicy (streetworkerami). Mimo że nasz styl działań polega niejako na „braku stylu”, to czasami udaje się przemycić na podwórko jakieś survivalowe patenty.

Praca z młodzieżą w ścisłym znaczeniu tego słowa, w oparciu o survival (w rozumieniu rekreacyjnym), to przede wszystkim realizowanie programów profilaktycznych, opartych o strategię działań alternatywnych. Jestem autorem i realizatorem trzech takich programów, które na przestrzeni lat prowadziłem w kilku gimnazjach oraz domu dziecka w Olsztynie. Doczekały się one nawet swojego naukowego opracowania.

Survivalowe działania miałem również okazję realizować współpracując z kilkunastoma gminnymi ośrodkami pomocy społecznej, w ramach programu kierowanego do młodzieży z małych wiosek. Prowadziłem również przez jeden semestr zajęcia dla studentów kierunku Pedagogika Obronna i Survival, a finałem tego kształcenia był tygodniowy obóz. Szczególnym działaniem, które wykonywałem w dwuosobowym zespole, był półroczny program regularnych zajęć prowadzonych dla chłopaków z zakładu poprawczego. W toku kilku miesięcy parokrotnie realizowaliśmy z nimi zajęcia poza zakładem. Jeden z takich wypadów przybrały formę kilkudniowego spływu canoe, pozbawionego wygód i luksusów. Oparcie naszych działań o autentyczne relacje i partnerskie nastawienie do każdego, z kim przychodzi nam wyruszyć do lasu, w tym ostatnim przypadku spowodowało, że nikt nie postawił „dać nogi” i skorzystać z pokusy wolności (śmiech).

Co powinien wiedzieć każdy chcący zaczynać przygodę z survivalem?

Wydaje się, że najważniejsze zasady mogły by brzmieć następująco:

– Wychodząc do lasu zawsze mów zaufanej osobie gdzie, po co, na jak długo i z kim idziesz. Organizuj w ten sposób asekurację i zabieraj sprawny telefon komórkowy oraz apteczkę.
– Sprawdzaj pogodę i należycie dobieraj odzież.
– Upewnij się, czy nie wejdziesz w drogę myśliwym oraz czy nie łamiesz prawa.
– Ucz się technik przetrwania i rzuć się w wir survivalowych lekcji, ale pamiętaj, prawdziwym przetrwaniem na odludziu jest podejmowanie dobrych decyzji, gdy wszystko jest na opak. To również minimalizowanie ryzyka i zdolność do upraszczania, a nie utrudniania sobie życia.
– Sprzęt i „zabawki” nie są główną treścią sztuki przetrwania. One cię wyręczają w tym co na pewno mógłbyś osiągnąć samodzielnie, jeżeli zaufasz swojej intuicji, sprytowi i kreatywności. Zawsze jednak zabieraj prosty sprzęt, gwarantujący bezpieczeństwo.
– Jeżeli zamierzasz coś zrobić (cokolwiek), rób to na 100% swoich możliwości. W przeciwnym razie będziesz tworzył prowizorkę, która cię zawiedzie i przyniesie rozczarowanie. Osłabi to twoje morale i zapał do dalszego działania.
– Szanuj przyrodę.

Dodatkowo, zapraszam do nawiązania z nami kontaktu każdego w kim rodzi się chęć bliższego poznania survivalu klasycznego, miejskiego oraz bushcraftu.

Jakie były najtrudniejsze momenty? Jak je przezwyciężyłeś?

Najtrudniejsza były przeprawa przez rzekę Szućja, przebiegającą za kołem podbiegunowym. Musieliśmy ją przepłynąć, by dostać się na drugi brzeg i dotrzeć do cywilizacji. W promieniu setki kilometrów nie było dróg i mostów. Byliśmy już nieco osłabieni brakiem normalnej ilości pokarmu oraz wychłodzeniem, a dodatkowo należało jeszcze płynąć w lodowatej wodzie, asekurując cały swój sprzęt i ubiór. Na nasze szczęście działało to, że nurt choć silny, nie był porywisty oraz że prawidłowo określiliśmy na mapach i dotarliśmy do najwęższego odcinka rzeki, gdzie do pokonania wpław było tylko (i aż) 60 metrów.

Inne wyzwanie dla mojego organizmu postawiła wyprawa w Ałtaj. Tam na skutek jednego z błędów, połączonego jak na złość z dużym pechem, maszerowaliśmy w stanie odwodnienia, który pod koniec dnia przerodził się u mnie we wstępną fazę udaru cieplnego. Gdy dwie kolejne rzeki, w których tego dnia planowaliśmy uzupełnić wodę okazały się wyschnięte, uratował nas przenoszony awaryjnie GPS. Pozwolił on określić najbliższy pewny wodopój i zmienić trasę marszu. Na naszą niekorzyść oddziaływał wtedy nie tylko kamienisty, silnie pofałdowany teren, ale również pogoda, która serwowała skoki temperatur między +30, a 0 stopni w ciągu doby. Ciekawostkami z tego morderczego dnia w upale były dodatkowo; nawigacja z pamięci, korzystanie z własnoręcznie zrobionego kompasu słonecznego, marsz we własnoręcznie zrobionych butach oraz pewien kryzys, który dopadł nasz zespół i popsuł atmosferę.

Co pomogło za każdym razem przezwyciężać te wszystkie trudności? Zdecydowanie działanie zespołowe. W pierwszym przypadku, to ja ratowałem zespół, umożliwiając pełnemu składowi pokonanie rzeki, poprzez wykonywanie dodatkowych rund między brzegami. W drugim przypadku, to zespół ratował mnie, asekurując i prowadząc w stanie „średnio kontaktującym” do najbliższej wody. Żaden z nas nie jest herosem, który zawsze zadziała podręcznikowo i bezbłędnie, tak jak kreują to telewizyjni bohaterowie.

Share This:

Skomentuj

comments